wtorek, 6 października 2015

S02E09 - Telesto, część 1

Czułym pożegnaniom nie ma końca. Silverhold okazało się świetnym miejscem na wakacje (i romans). Natalie nie chce puścić Idy - ta trochę się ociąga, ale obowiązki biorą górę nad przyjemnościami i pani kapitan wraca na pokład Brzytwy, od razu nakazując wylot. Kilka minut po opuszczeniu doku na skanerach pojawia się jakiś nieznany okręt, lecący dokładnie tym samym kursem, co Brzytwa. To stary patrolowiec, bardzo mocno zmodyfikowany. Niby nie uzbrojony, ale skan Reda pozwala wykryć bardzo mocne źródła energii. W sam raz na militarne tarcze i jakąś ukrytą broń plazmową…
Ekipa nie chce ryzykować. Liczy szybko skok w nadprzestrzeń i znika. Dwa dni, które zajmuje dotarcie do celu grupa marnuje na planowaniu (efektem jest przeliczony wstępnie kurs z B do C, gdzie B to punkt, do którego Brzytwa ma trafić z A, czyli punktu, w którym wyjdzie z nadprzestrzeni), randkowaniu i knuciu (głównie Sal). Idalia robi skan Siódemki - dziewczyna czuje się normalnie, ale wyniki badań są jednoznaczne.
Czas się kończy.

Telesto


Idealne miejsce na romantyczne wakacje
Pierwsze co bohaterowie dostrzegają po wyjściu z nadprzestrzeni to olbrzymi wrak. Poczerniałe żelazo, powyginany, strzaskany kadłub. Mrowie odłamków. Brak światła. Sensory martwe. Szybki skan dookoła ujawnia pięć gwiazd, kilkanaście planet i mrowie księżyców. Nieopodal skrzy się srebrzyście glob pobliskiej planety.
Komputer przelicza konstelacje. Pojawia się komunikat “Nowy Tytan, orbita Telesto”. Nikt nie ma pojęcia, skąd takie dane w nawigacji. Nowy Tytan to legenda - rzekomo na planecie stworzono idealny rząd, prawdziwie sprawiedliwe i szczęśliwe społeczeństwo, które bez granic poświęciło się nauce. Tysiące ludzi marnuje każdego roku fortunę, by odnaleźć ten układ. Brzmi jak jakiś słaby żart. Z drugiej strony… kto tam wie, co tam Walker zaprogramował?
Grupa niemal jednomyślnie podejmuje decyzję o zbadaniu wraku. Red z Allison zostają na mostku (świece, wino, dobre jedzenie, odrobina macanka…), podczas gdy reszta wdziewa skafandry i idzie na kosmiczny spacer. Wnętrze wraku jest dziwne - korytarze wielkie, okrągłe i puste, jakby przewiercone przez kadłub z litego metalu. Brak sprzętu i ciał. Wymontowane komputery. Mostek z rozerwanymi iluminatorami, celowo zdewastowany. Udaje się jednak dotrzeć do serwerowni - choć grupa raczej się nie obłowi, dowie się przynajmniej co tam się działo.

W między czasie Brzytwa okrąża planetę. Na jej orbicie jest niezwykła konstrukcja - wycinek sfery o promieniu pięciuset kilometrów. Wydaje się być ledwo zaczętą - ale mimo wszystko imponującą - konstrukcją. Ktoś rozpoczął budowę setki, jeśli nie tysiące lat temu. I pewnie dawno temu porzucił, bo artefakt jest zupełnie martwy. Martwa nie jest natomiast Telesto. Komputer wykrywa kilkaset niewielkich osiedli na powierzchni, rozsianych niedaleko równika. To prawdopodobnie prymitywne osady lub pozostałości po jakiejś straszliwej wojnie - ruiny wielkich metropolii wskazują raczej na tę drugą ewentualność.

Kilka godzin zajmuje sprawdzenie zawartości dysku. Wszystko jest w innym formatowaniu, jakby cywilizacja, która zbudowała statek, wymyśliła własny język maszynowy i kodowała w zupełnym oderwaniu od reszty Galaktyki. Salowi udaje się odczytać wskazania czujników, dociera do danych utwierdzających go w przekonaniu, że około dziesięciu lat temu doszło tutaj do wielkiej bitwy - statek został zniszczony przez przeważające siły wroga.

Kiedy Sal bawi się dekoderem, Udeze pichci kolację, Ida i Siódemka siedzą w ambulatorium, Allison ćwiczy na siłowni a Red kręci po mostku, jeden z ekranów zaczyna płonąć na czerwono. Grupa wpadła w pułapkę.

Zasadzka


Red, mimo swojej czujności nie był w stanie wykryć zagrożenia. Sensory nie są dość dokładne by wykryć powolny ruch satelitów obronnych. Dopiero kiedy uruchamiają swoj główny napęd i odpalają działka plazmowe czerwone punkty pojawiają się na radarze. Atak jest błyskawiczny i świetnie skorrdynowany. Tuzin kierowanych przez SI kul odpala swoją broń w kluczowe podzespoły statku. Pierwsza salwa jedynie uszkadza Brzytwę. Druga rozrywa jej silniki, dziurawi poszycie i niszczy zasilanie. Statek spada jak kamień.
Salomon zabiera się do roboty. Kiedy Brzytwa wchodzi w górną warstwę atmosfery, statek ma już sprawną tarczę atmosferyczną. Kiedy przebija się przez chmury, odpalają się silniki korekcyjne. Na chwilę przed uderzeniem odpala sztuczną grawitację - dość by uchronić wszystkich od śmierci, ale nie od potężnego uderzenia. Brzytwa gaśnie. Okaleczona, strzaskana, spoczywa na piaszczystej równinie Telesto.

Rozbitkowie


Wieczór zapowiada się nieciekawie. Ból głowy narasta z każdą chwilą - Ida ratuje wszystkich przed nim ostrymi prochami, wydzielając je tak, żeby osoba na warcie była w miarę przytomna. Kryją się przed zimnem nocy i przeczekują te kilka godzin (doba na planecie jest krótsza, niż na Ziemi, liczy około szesnastu godzin). Rankiem, po lekkim śniadaniu, uruchamiają drona i zaczynają badać okolicę.
Planeta jest ewidentnie martwa. Ktoś musiał zadać sobie sporo trudu by zamienić atmosferę tego kawałka skały w coś zdatnego dla ludzi (albo, zdetonował naprawdę dużo atomu albo puścił w cholerę nano, które żyzny glob zamieniły w skalistą pustynię). Niby są ślady cywilizacji, ale co to była za cywilizacja?
Też mi, kurwa, wakacje. Oddajcie nam Brzytwę!
Pierwszym, co odnajduje dron jest niewielka stacja przekaźnikowa… a raczej jej ruiny. Wysoki, rdzewiejący maszt z resztkami talerzy nadawczych, szkielety niewielkich butynków i w zasadzie nic poza tym. Z tym wyjątkiem, że jeden z tych szkieletów został obłożony arkuszami blachy. Ktoś tam wyraźnie chciał się osłonić od wichru i deszczu (jeśli tu w ogóle pada). Pytanie tylko, kiedy to miało miejsce?
Drugie “znalezisko” to dziwna iglica z czarnego, połyskującego metalu, jakby wyrastająca z piasków i skały. Wydaje się, że to część czegoś większego, zagrzebanego pod powierzchnią. Iglica jest jednak zdecydowanie dalej - co najmniej dwadzieścia kilometrów, jeśli nie więcej. Ze względów praktycznych, po ciężkiej nocy na prochach przeciwbólowych, bohaterowie decydują się odwiedzić stację. Zabierają to, co najpotrzebniejsze do przetrwania - śpiwory, namioty, wodę, tabletki do uzdatniania, żywność, pistolety, tarcze, baterie, karabinki, granaty, działa akceleratorowe, wyrzutnie rakiet… Nic niezwykłego.

Bestie


Grupa bez trudu spostrzega, że ktoś faktycznie przebywa w ruinach. Siedmiu uzbrojonych po zęby najemników - zmodyfikowanych genetechnicznie ludzi-bestii - oczekuje w spokoju z bronią przygotowaną do strzału. Ich przywódca rozkazuje bohaterom rzucić broń, próbuje ich zastraszyć. Od pogróżek przechodzi do ostrej kłótni. Efektem jest pojedynek między Redem, a Volundem (tak nazwał się wódz bestii).
Red przyjmuje spokojnie postawę obronną. Volund atakuje dziko, wykonując szeroki zamach mieczem i po chwili pchnięcie długim nożem. Redun paruje lekko ciosy czerwonogrzywego, po czym sam wykonuje atak. Stal iskrzy, słychać krzyki dopingujących. Jako pierwszy trafia Redun - lekkie cięcie znaczy czerwoną szramą niechronione pancerzem ramię Volunda. Ten ryczy w furii i rzuca się do szaleńczego ataku. To błąd - Red ponawia atak, ciężko raniąc przeciwnika. Po kilkunastu sekundach lwio-człowiek zaczyna rozumieć, że przegrał walkę. Uznaje Reduna jako godnego wroga i rozkazuje swoim opuścić broń.
Przez kilkanaście minut obie strony opowiadają o swoich losach. Bestie były częścią misji, która miała za zadanie znaleźć i wydobyć z Telesto jakiegoś człowieka lub sprzęt. Nie wiedzieli co konkretnie - szczegóły znali jajogłowi. Najemnicy mieli jedynie ich chronić. Podobnie, jak bohaterowie wpadli w pułapkę. Ich okręt rozbił się jakieś czterysta kilometry na północ. Wędrowali po pustkowiu przez niemal trzy tygodnie, wliczając jeden postój w przedwojennym magazynie (który doszczętnie opróżnili).
Ostatecznie grupy dogadują się by dalej iść razem. Obierają kierunek na iglicę, jako jedyny interesujący punkt w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz